Plany na spędzenie tego dnia mieliśmy zupełnie inne. Miała być Słowacja i Tatry Wysokie. Niestety prognozy pogody zmieniły się diametralnie i to z dnia na dzień. Poza tym dzień wcześniej miała miejsce fatalna w skutkach burza w Tatrach, w której śmierć poniosły 4 osoby, w tym dwójka dzieci. 150 osób zostało poszkodowanych. Nie mówiąc o porażeniach w innych rejonach Tatr, także tych Słowackich. Przez kilka dni popołudniowe burze nie odpuszczały, w sumie nie odpuszczają do dziś. Dlatego tak istotne jest śledzenie prognoz, najlepiej na bieżąco. Wysokie temperatury niestety sprzyjają wyładowaniom atmosferycznym. Warto ruszać na szlak z samego rana. W Beskidach sytuacja na szczęście nie była aż tak fatalna, można było wybrać się na szlak. Tym razem postawiliśmy na Beskid Żywiecki – szczyt leżący w paśmie Przedbabiogórskim. Mowa o Mędralowej, która nosi również drugą nazwę Wielki Jałowiec. Powiem Wam, że to był najlepszy wybór, jakiego mogliśmy dokonać. Pierwszy raz mieliśmy okazję przemierzać ten szlak. Zaznaliśmy na nim prawdziwej BESKIDZKIEJ SIELANKI…
Trasa: Zawoja Czatoża (szlak żółty / czarny) – Hala Kamińskiego (szlak żółty) – Mędralowa – Hala Mędralowa – Szałas na Mędralowej – powrót tym samym szlakiem
Data: 23 sierpień 2019
Dystans: 11.60 km
Czas trwania: około 3:20 h (sam przemarsz z dzieckiem)
Minimalne wzniesienie: 747 m
Maksymalne wzniesienie: 1218 m
Parametry z aplikacji endomondo
Głośny pisk budzika ściągnął nas z łóżka o 4:30. Do Zawoi Czatoża z Bielska – Białej mamy do pokonania około 50 kilometrów. Oczywiście poranne zbieranie się nie szło nam za sprawnie, więc nie ruszyliśmy w drogę o planowanej porze.
Zawoja Czatoża parking
Około godziny 8:30 dojeżdżamy do Zawoi. Samochód zostawiamy na małym, bezpłatnym parkingu tuż przy stacji uzdatniania wody Zawoja Czatoża – tuż przed znakiem zakazu wjazdu.
Ruszamy szeroką, utwardzoną drogą. Kierujemy się żółtymi znakami. Mamy za sobą zaledwie 300 metrów, przechodzimy na szlak czarny i leciutko odbijamy w prawo. W krzakach zauważam ukryty drogowskaz, który informuje nas, że czarnymi znakami do Hali Kamińskiego dotrzemy za 1 godzinę 15 minut.
Po drugiej stronie słupa jest również druga tabliczka opisująca żółte znaki, które prowadzą do Schroniska PTTK na Markowych Szczawinach (2 h) oraz na Babią Górę (3 h 30 min) oraz czarny szlak prowadzący z Przełęczy Jałowieckiej do której jest z tego miejsca godzina drogi.
Przechodzimy kolejne 300 metrów i nasza szeroka, utwardzona droga zaczyna piąć się w górę. 1.30 km na drzewie jest oznaczenie informujące nas, że za moment będziemy skręcać w prawo.
Skręcamy, pokonujemy jeszcze dwa zakręty. Póki co na szlaku nie spotkaliśmy ani jednego turysty. Mijaliśmy tylko traktor i panów sprzątających połamane drzewa w okolicach czarnego szlaku. Jest ciepło, daje się to we znaki, ponieważ nie ma wiatru. Na tym odcinku możemy podziwiać królową Beskidów – Babią Górę (szlak na Babią Górę).
Mamy za sobą 1.70 km i skręcamy w lewo. W tym miejscu kończy się szeroka utwardzona drga, a zaczynają się kamienie. Droga zaczyna piąć się w górę. Podejście jest dość monotonne. Urozmaica nam je jednak śpiew ptaków.
2.10 km nasz czarny szlak odbija w prawo. Nadal kierujemy się kamienistą drogą. Jest to dość zacienione miejsce przez co trzeba zachować ostrożność, ponieważ kamienie są mokre i śliskie. Przechodzimy 350 metrów i wychodzimy z lasu. Zaczynają się stąd rozciągać pierwsze widoczki na Beskid Żywiecki z Policą na czele.
Tutaj decydujemy się na chwilę odpoczynku. Zagryzamy małe co nieco i ruszamy dalej.
Droga momentami pnie się w górę. Otwarta przestrzeń sprawia, że jest ciepło.
Na szlaku aż się roi od pięknych, fioletowych kwiatów, które nazywają się: goryczka trojeściowa. Jako ciekawostkę dodam, że kwiat ten widnieje na herbie Karkonoskiego Parku Narodowego. Występuje bardzo licznie w rejonach Karkonoszy. 
Na szlaku nie brakuje również darów natury w postaci borówek oraz ostrężyn. Oczywiście zatrzymujemy się na chwilę, aby nazbierać kubeczek tych leśnych owoców. Osobiście nie przepadam za ostrężynami, ale te górskie smakują inaczej: są słodkie i pyszne. 
Przed nami jeszcze jedno podejście i kolejny przystanek w drewnianej wiacie.
Przeszliśmy dotychczas 3 km, odwracając się za siebie możemy podziwiać wspaniałe widoki na pasmo Babiej Góry. Przechodzimy 345 metrów i dochodzimy do drewnianej wiaty, która jest usytuowana tak idealnie, że widać z niej doskonale Królową Beskidów – Babią Gorę. Sam przemarsz do wiaty zajął nam ponad godzinkę czasu. Za wiatą znajduje się skrzyżowanie z drogą rowerową. W drodze powrotnej mijamy nawet jednego rowerzystę zjeżdżającego nią w dół. Od domku kierujemy się lekko w górę.



Aplikacja wskazuje nam 3.71 km i skręcamy w lewo, maszerujemy utwardzoną drogą, na której nie ma już kamieni. Robimy kilka kroków i łączymy się z żółtym szlakiem idącym z Mylne Młaki z Zawoi. Ścieżka jest na tyle wygodna, że widać, że jeżdżą tędy samochody.

Hala Kamińskiego

Niespełna 4 km i obchodzimy do obszernej Hali Kamińskiego, na której nie ma żywej duszy. Zaczynamy schodzić lekko w dół, kierując się wzdłuż hali i dochodzimy do tabliczki z napisem Hala Kamińskiego, która położona jest 1100 m n.p.m. oraz drogowskazu informującego nas, że kierując się żółtymi znakami do Mędralowej dojdziemy za 20 minut. Tutaj robimy oczywiście dłuższą przerwę. Rozkładamy koc, zjadamy obiadek i rozkoszujemy się pięknymi widokami rozciągającymi się z hali. I to kocham najbardziej w sezonie letnim… Ciężko będzie się pogodzić z faktem, że zaraz przyjdzie chłód… zima i nie będzie się dało tak swobodnie posiedzieć na kocu. 


Następnie kontynuujemy naszą wędrówkę wzdłuż hali. Przechodzimy kawałeczek i wchodzimy do lasu. Dobrze nam to zrobiło, ponieważ słońce podczas naszego odpoczynku na otwartej przestrzeni na hali nie odpuściło ani na moment. Kierujemy się nadal czarnymi znakami, które idą jednocześnie z zielonym szlakiem, który prowadzi na Małą Babią Górę. Droga jest prosta i bardzo przyjemna.
Mamy za sobą 4.70 km nasz żółty szlak idzie nadal prosto, zielone znaki natomiast odchodzą w lewo. Przechodzimy 300 metrów naszym oczom ukazuje się żółto – czerwona tablica GRANICA PAŃSTWA.
Mędralowa
Dochodzimy do pierwszego słowackiego, wschodniego wierzchołka Mędralowej. Jest on całkowicie zarośnięty. Robimy kila zdjęć i maszerujemy dalej dla odmiany czerwonym szlakiem przyjemną ścieżką. W celu dojścia do drugiego, zachodniego wierzchołka Mędralowej. Dwa wierzchołki są oddzielone od siebie Halą Mędralową, przez którą maszerujemy.
Na drzewie dostrzegamy drogowskaz informujący nas, że skręcając w prawo w czasie 45 minut dotarlibyśmy do Stacji Turystycznej „ZYGMUNTÓWKA” w Koszarawie – Przełęcz Klekociny. Jak widzimy na drogowskazie jest podany numer telefonu (033) 862 30 34 pod który można dzwonić w sprawie noclegów. 
Hala Mędralowa
Wchodzimy na Halę Mędralową i kierujemy się lekko w górę. Następnie odbijamy w prawo i podchodzimy pod widoczny z hali szałas.

Mędralowa szałas
5.40 km dochodzimy do szałasu na Hali Mędralowej. Na wprost doskonale widać stąd Jałowiec (szlak na Jałowiec). Zresztą Mędralowa to też taka oaza spokoju jak Jałowiec. Widać stąd również Czerniawę Suchą z pojedynczymi domostwami oraz po lewej Lachów Groń. Jest tu bardzo ładnie i spokojnie. Oczywiście nie mogło się obyć bez kolejnego przystanku. Spędziliśmy tu bardzo miło czas na kocu siedząc w sąsiedztwie szałasu.
Widok na Halę Kamińskiego i Jałowiec spod szałasu na Mędralowej.



Cudowne miejsce, szkoda tylko, że niektórzy turyście go nie doceniają. Za szałasem jest drzewo, które wzbogaca krajobraz, ale nie tylko… Jest to miejsce, w które turyści nagminnie wyrzucają śmieci… Nie jestem wstanie tego pojąć. Zjadłeś, wypiłeś – zabierz śmieci ze sobą. 

Szałas na Mędralowej wewnątrz
Kiedyś – szałas pasterski. Teraz – schronienie dla osób pokonujących Główny Szlak Beskidzki. Oczywiście zaglądnęliśmy do środka. Szałas składa się z dwóch pomieszczeń. W środku jest bardzo podstawowe wyposażenie. W jednym jest koza, w której można rozpalić, aby ogrzać izbę. Pojedyncze karimaty, świeczka. W środku jest oczywiście sporo sadzy, która osiada na wszystkim. 


Na Mędralowej spędziliśmy około 2 godzinki. Podchodzimy jeszcze kawałek w górę w poszukiwaniu tabliczki oznaczającej halę lub polski szczyt Mędralowej. Niestety bez celu. Mimo, że tabliczka jest oznaczona na aplikacji, na swojej drodze zastajemy tylko zardzewiały słup. Decydujemy się na powrót. Niebo z każdą minutą staje się coraz bardziej zachmurzone. Na szczęście udaje się nam uciec do samochodu przed zbliżającą się burzą.
Na Mędralową na pewno jeszcze niejednokrotnie wrócimy, aby poczuć tą prawdziwą BESKIDZKĄ SIELANKĘ. W planach mamy zimowe wyjście na ten szczyt. Oczywiście zdam Wam relację z warunków panujących na szlaku zimą. Póki co zmykam planować trasy na najbliższe dni w Karkonoszach 😉
Do zobaczenia na szlaku 😉
Jeśli chcesz być na bieżąco z moimi wpisami zapraszam do śledzenia mojego bloga na niedawno założonej stronie na Facebooku Blog szlakowe.pl
Zapraszam również na Instagram: @greenmagpic
Z przyjemnością dodam, że jest to kolejny szczyt zdobyty w akcji: Zdobywamy Szczyty dla Hospicjum


Tuż obok parkingu, po prawej stronie, płynie Rycerski Potok.


Z parkingu skręcamy w lewo i kierujemy się żółtymi znakami. Idziemy prostą, asfaltową drogą przez około 150 metrów.
Następnie skręcamy w prawo i zaczynamy wspinać się pod górę utwardzoną (już nie asfaltową) drogą.
Pierwsze podejście mierzy około 260 metrów. Na niebie jest pełne słońce, a temperatura sięga ponad 30 stopni.
Żółty szlak jest bogaty przyrodniczo. Rośnie tu wiele gatunków roślin i latają różnorodne motyle. Po drodze można posilić się borówkami i malinami zrywanymi prosto z krzaków.




Po przejściu przez potok ścieżka lekko wznosi się. Upał daje nam się we znaki przez cały czas.

2.80 km – wchodzimy na chwilę do lasu. Przez około 60 metrów możemy cieszyć się cieniem. W słoneczne dni, takie jak ten, można się nieźle „wysmażyć” na tej trasie. Droga prowadzi przez otwarty, niezadrzewiony teren.
Po wyjściu z lasu szlak żółty nadal prowadzi pod górę szeroką, kamienistą drogą. Otwiera się również szersza panorama na pobliskie szczyty Beskidu Żywieckiego. Poza Bendoszką Wielką widoczny jest również Przegibek. Maszerując dalej (po przejściu około 3,40 km), w oddali, za mgłą, można było dostrzec tatrzańskie szczyty. Przy dobrej widoczności rozciągające się stąd widoki na pewno robią wrażenie.



Aplikacja Endomondo pokazuje, że od parkingu przeszliśmy 3,60 km i ponownie wchodzimy do lasu. Co nas bardzo cieszy, ponieważ znowu możemy poczuć trochę chłodu. Podłoże nadal jest kamieniste. Jak już wspominałam we wstępie, minusem tej trasy są samochody, które wielokrotnie nas mijały w dniu naszej wycieczki.
Po przejściu około 4,50 km żółty szlak odbija w prawo. My jednak nie skręcamy – idziemy prosto i wchodzimy na czerwony szlak prowadzący przez Przełęcz pod Orłem z Przegibka. Dzięki temu uniknęliśmy przedzierania się wąską, zarośniętą ścieżką do schroniska.
Po kilku krokach naszym oczom ukazuje się drogowskaz, który informuje, że do schroniska mamy zaledwie 3 minuty drogi.
Przed nami ostatnie, niewymagające, kamieniste podejście. Prowadzi ono między krzakami borówek.
Niedługo potem skręcamy w prawo, zmierzając ku budynkowi Schroniska na Wielkiej Raczy.

A poniżej widok na niewyremontowane schronisko z platformy widokowej.


Poniżej odznaka turystyczna Schroniska PTTK Wielka Racza.


Tablica informująca turystów o granicy państwa.
Nasza ulubiona miejscówka na szczycie to drewniana budka należąca do nadleśnictwa, która doskonale sprawdza się jako schronienie przed wiatrem. Za każdym razem, gdy odwiedzamy Wielką Raczę, wieje chłodny wiatr. Chyba taki już urok tego miejsca. Oczywiście robimy tu dłuższą przerwę, aby coś przekąsić, porobić zdjęcia, pobawić się samochodzikami i, jak zawsze, powygłupiać się…







Niestety, wszystko, co piękne, szybko się kończy – tak było i tym razem. Mimo że na szczycie Wielkiej Raczy spędziliśmy sporo czasu, czułam niedosyt. Być może to kwestia szlaku, który był dość zatłoczony, łatwy, no i te mijające nas samochody… Zejście nie sprawiło nam żadnych problemów. Co więcej, poszło nam bardzo sprawnie. Na Wielką Raczę szlakiem żółtym na pewno wybierzemy się zimą, ponieważ ze względu na dojazd do schroniska powinien być w miarę przetarty. Latem natomiast będziemy wybierać czerwony szlak z Przełęczy Graniczne.

Długi weekend majowy spędziliśmy oczywiście na szlaku. Sporo czasu debatowaliśmy z mężem, który szlak w Beskidzie Żywieckim tym razem wybrać. Interesowało nas miejsce, w którym nie będzie tłumów, będzie można spokojnie podreptać i posiedzieć na kocyku. Wiem, wiem… spokój na szlaku w weekend? Brzmi niewiarygodnie, a mimo to udało się nam znaleźć trasę, która spełniła nasze oczekiwania. Oczarowała nas do tego stopnia, że zdążyliśmy na nią wrócić jeszcze raz w tym samym miesiącu. Co się nam raczej nie zdarza.
Zbieramy manatki i kierujemy się prosto asfaltową drogą, przechodzimy przez mostek. Mijamy tablice informacyjne oraz zamknięty dla samochodów szlaban. 
Zaraz przed szlabanem, po lewej stronie znajduje się budynek nadleśnictwa Węgierskiej Górki. Dwa ostatnie dni padało, więc jest rześko i mokro. Idziemy wzdłuż potoku Bystra. Szlak bardzo przypadł do gustu naszemu synkowi. Nie ma się co dziwić, na tej trasie nie ma mowy o nudzie.
Na początku trzeba być czujnym, ponieważ niezwykle łatwo minąć szlak (przekonaliśmy się o tym na własnej skórze). Przechodzi on przez wspomniany powyżej potok Bystra. Tak więc, szlak skręca w prawo po około 600 metrach od parkingu. Trzeba przeprawić się na drugą stronę potoku.
Po przejściu na drugą stronę od razu odbijamy w lewo. Pokonujemy, króciutkie, ale bardzo strome podejście.
Dalej kierujemy się leśną, kamienistą dróżką.
Na 1.85 km skręcamy w lewo, szlak zaczyna stromo piąć się w górę. Przechodzimy 450 metrów, po czym nasz szlak ponownie odbija w lewo. Cały czas idziemy bardzo przyjemną leśną dróżką. Momentami jest bardziej stromo. Na szlaku nie spotykamy żywiej duszy.
3.60 km szlak skręca w lewo i ponownie musimy przeprawić się przez potok. Następnie idziemy kawałek pod górę. Po 400 metrach na naszej drodze pojawia się kolejny potok. Ogólnie na szlaku zalega masa błota. Nie brakuje też połamanych drzew. Uwaga! Przy potoku szlak odbija w lewo. Idziemy leśną, wąską dróżką. 
Mamy za sobą 5.20 km zerkając za siebie możemy podziwiać wyłaniającą się panoramę na Żywiec oraz Beskid Śląski. Po drodze mijamy pojedyncze potoczki. Choć nie brakuje słońca, zerkając w stronę Słowianki widzimy ciemne chmury.
Pokonaliśmy 5.80 km, nasz niebieski szlak odbija w prawo, pniemy się stromo w górę. 


Mamy za sobą 7.06 km. Naszym oczom ukazuje się polanka, na której bez zastanowienia rozkładamy koc i zjadamy drugie śniadanie. W oczy od razu rzuca się opustoszały (póki co) drewniany domek,w którym bardzo chętnie byśmy zamieszkali. Mieszkać w takim miejscu – marzenie… Cykamy kilka zdjęć i ruszamy dalej.


Następnie idziemy prostą drogą wzdłuż polany.

Mamy za sobą 7.60 km, docieramy do schroniska na Słowiance. Jesteśmy zdziwieni, gdyż wkoło górskiej stacji turystycznej jest sporo turystów, aż nie chce się wierzyć, że mieliśmy takie pustki na szlaku. Wszystko dlatego, że większość osób wybiera łatwiejszy oraz krótszy (1h) szlak prowadzący z Żabnicy. Jest to doskonała alternatywa, jeżeli planuje się dalszą wędrówkę czerwonym szlakiem na Halę Rysianka, bądź niebieskim na Romankę. Wizytę w schronisku zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem wspominamy bardzo miło. Co prawda zamawialiśmy tylko kawę, kupowaliśmy dla synka odznakę turystyczną i wbijaliśmy pieczątki w książeczki, ale obsługa jest tutaj bardzo sympatyczna. Ucięłam krótką pogaduszkę z jedną z Pań pracujących w schronisku. Wszystko przebiegało w miłej atmosferze. Poza ciepłymi napojami można skusić się w upalny dzień na zimne piwko. Z dokładniejszych informacji do dyspozycji turystów są 24 miejsca noclegowe w pokojach 3,4 i 6 osobowych. Wyżywienie jest we własnym zakresie. W schronisku funkcjonuje sklepik, ale nie ma w sprzedaży gotowych dań. Można natomiast zorganizować ognisko, a nawet zamkniętą imprezę.

Po około godzince ruszamy w drogę powrotną, pokonując tą samą trasę. Oczywiście czekało nas kilka stromych zejść oraz przeprawa przez występujące na szlaku potoki. Na pewno jeszcze niejednokrotnie wrócimy na Słowiankę. Choćby po to, aby rozkoszować się tym spokojem na szlaku.
Na Słowiankę można dostać się również krótszym szlakiem prowadzącym z Żabnicy Skałka. Opis trasy znajdziesz tutaj:
Dziś mam coś dla osób kochających piesze wędrówki, wypoczywających nad Bałtykiem. Dwa tygodnie nad polskim morzem oznaczały dla nas dość długą przerwę od górskich wędrówek. Mimo, że spędzaliśmy czas BARDZO, BARDZO aktywnie, zachciało się nam podreptać po jakiś przyjemnych, leśnych ścieżkach. Z dala od zgiełku nadmorskiego miasta. Ustkę przeszliśmy już nieraz wzdłuż i wszerz, więc postanowiliśmy udać się na wschód, do leżącego około 4 km od Ustki – Orzechowa. Jest to osada letniskowa, w której już na pierwszy rzut oka można porządnie wypocząć. Ujęłabym to tak: cisza, spokój, przyjemna atmosfera, która tak nas oczarowała, że wybraliśmy się na wycieczkę do Orzechowa dwa razy i to dwa dni pod rząd… Co takiego wyjątkowego jest w Orzechowie? Zobaczcie sami.
Naszą wędrówkę zaczynamy drogą asfaltową. Wchodzimy na teren ośrodka wczasowego Leśnik. Przechodzimy przez bramę i wchodzimy na ścieżkę dydaktyczną Leśnik. Kierujemy się prosto. Mamy za sobą 500 metrów, a po lewej stronie wyłania się pierwsza atrakcja na szlaku: wieża widokowa w Orzechowie, a raczej wieża przeciwpożarowa, która jest udostępniona dla turystów. Oczywiście decydujemy się skorzystać z możliwości wejścia na nią.
Wieża widokowa w Orzechowie, dzięki której możesz sprawdzić jak się ma Twoja kondycja po zimie. Z naszą na szczęście jest bardzo dobrze. Na górę dostaniesz się pokonując 222 metalowe schody, po których idąc nieźle może zakręcić się w głowie.
Jest to jedna wyższych wież, na jakiej mieliśmy okazję być. Mierzy około 50 metrów. Na wieży może przebywać w jednym czasie maksymalnie 10 osób. Oczywiście na górze nieźle wieje – czapki lecą z głów. Jest wysoko, ale bardzo bezpiecznie. Można przejść się dookoła wieży po wąskim tarasiku i podziwiać widoki rozciągające się na cztery strony świata. Doskonale widać plażę w Ustce wraz z latarnią morską, plażę w Rowach oraz pobliskie wioski.


Po zejściu z wieży kierujemy się prosto. Maszerujemy szeroką drogą przez około 500 metrów.
Następnie skręcamy w prawo, przechodzimy przez drewniany mostek i wchodzimy na leśną dróżkę, która jest wygodna i szeroka. Cała ścieżka jest doskonale oznakowana. 



Drewniane schody (które pozwoliłam sobie policzyć) przypominają mi trochę tatrzańskie szlaki. Choć przez chwilę mogłam poczuć się jak w górach. Mamy ich do pokonania 64 sztuki. 






Mamy za sobą 1.35 km (licząc od samochodu). Wychodzimy na najwyższy punkt – szczyt wydmy mierzący 23 metry, w którym umieszczony jest taras widokowy wraz z ławeczkami.
Schodzimy z tarasu i kontynuujemy naszą wędrówkę. Ścieżka dla odmiany schodzi w dół.
1.50 km i kończy się nasza przygoda z drewnianymi kładkami i schodkami. W tym miejscu praktycznie wszyscy odwiedzający Wydmę Orzechowską kończą swoją wędrówkę i zawracają. A szkoda, ponieważ ścieżka dydaktyczna idzie dalej w większości przez piękny bukowy las. Pozwala na zrobienie pętelki i prowadzi nas praktycznie do punktu wyjścia. Mimo wszystko ma to swoje plusy – jest to bardzo spokojny odcinek. Ciężko spotkać tu żywą duszę.


Mamy za sobą 2.70 km. Dochodzimy do wiat z wyznaczonym miejscem ogniskowym. Decydujemy się na krótki odpoczynek. Po chwili ruszamy dalej. Odbijamy w lewo i kierujemy się dalej leśną dróżką.
Aplikacja wskazuje 3.65 km, wychodzimy na polanę przy której znajduje się tablica zatytułowana: Pola i lasy dwa światy. Idziemy wzdłuż tej polany.
Po czym ponownie wchodzimy na leśną ścieżkę. Mamy na liczniku 4.20 km i dochodzimy do miejsca, w którym zaczynaliśmy nasze podejście na wydmę. Do samochodu wracamy tą samą trasą. Nieopodal parkingu, na którym zostawiliśmy samochód decydujemy się jeszcze na krótką przerwę. Kupujemy gofry i szczęśliwi wracamy do naszej ukochanej Ustki. 
Będąc w Orzechowie warto przy okazji podejść na plażę, która jest wyjątkowo urokliwa. Wrażenie robi wybrzeże klifowe. Wydmy wznoszące się nad plażą są porośnięte lasami (sosnowymi, bukowymi, mieszanymi). Poniżej zamieszczam zdjęcia plaży w Orzechowie zrobione w lipcu 2020. 



Oczywiście to nie był koniec dreptania w tym dniu. Aktywnie najlepiej! Tak więc wybraliśmy się jeszcze na plażę w Ustce, aby nacieszyć oczy zachodzącym słońcem… W końcu trzeba łapać każdą chwilę…
Inne atrakcyjne miejsca nad Bałtykiem, które warto odwiedzić:

Samochód zaparkowaliśmy w sąsiedztwie Regionalnego Zajazdu Biały Krzyż na Przełęczy Salmopolskiej (granica z Wisłą), która położona jest 934 m n.p.m.

Na szlaku było dość duszno, choć nie brakowało lekkich powiewów wiatru. Nie brakowało również upierdliwych owadów… Spray na komary, który wrzuciłam do plecaka okazał się bardzo przydatny 😅

Przed nami był teraz do pokonania bardzo przyjemny odcinek – iście spacerowy, nie wymagający od nas pokładów energii. 
Następnie nasz czerwony szlak zaczął schodzić stromo w dół. (W drodze powrotnej – stromo w górę 😉 ).
Tutaj pojawiają się pierwsze górskie widoki. Po lewej wynurza się szczyt należący do Korony Gór Polski – Skrzyczne wraz z nadajnikiem, Małe Skrzyczne, Malinowska Skała. 






Aplikacja wskazywała, że mamy za sobą 3 km. Doszliśmy do kolejnego drogowskazu, przy którym skręciliśmy w prawo. Od Malinowskiej Skały dzieliło nas 35 minut drogi. Przed nami był znowu spacerowy odcinek, który mierzył około 1 km.































Ponad połowę szlaku czerwonego w drodze powrotnej na parking udało się nam przejść bez latarek. Syn z niecierpliwością czekał, aż zrobi się ciemno. Aż do parkingu nie spotkaliśmy żywej duszy, zaskakująco szybko udało się nam zejść na parking na Przełęczy Salmopolskiej.


Pieniny w długi weekend? Taki był nasz plan. Nurtowało nas jednak pytanie: który szlak w Pieninach wybrać? Zależało nam na wypoczynku – ciszy i spokoju. Długo debatowaliśmy, który szczyt odwiedzić: 

Pogoda naprawdę nam dopisywała. Nie chciało się wierzyć, że mamy pierwszy dzień maja. Temperatury były na tyle wysokie, że bez kremu z filtrem się nie obyło. Błękit nieba, znakomita widoczność i górskie krajobrazy… Czego chcieć więcej?


Droga przez polanę jest bardzo przyjemna i niewymagająca. Widać stąd szczyt 






Kierujemy się cały czas prosto. Dochodzimy na Pawliki. Cały odcinek trasy to około 3.70 km. W tym miejscu nie warto rezygnować z dalszej wędrówki. Pniemy się nieco wyżej i dochodzimy do wspaniałego miejsca, które od razu kradnie nasze serca.







Poniżej widok rozciągający się z polany w przeciwnym kierunku. Przy sprzyjających warunkach pogodowych widać doskonale bliski naszemu sercu Beskid Żywiecki wraz z najwyższym szczytem Babią Górą. 









Ruszamy dalej czerwonym szlakiem (droga idzie w dół) w kierunku wsi Dursztyn. Teraz czeka nas przyjemna, malownicza droga wśród pól. Na tym odcinku widoki zapierają dech w piersiach. Wiosną na polach rozciąga się paleta kolorów. Wszystko budzi się do życia, a trawa jest bardziej zielona niż zwykle. Schodzimy powoli z drugiej strony szczytu. Jest tu urokliwa, szeroka dróżka. Po drodze mijamy kapliczkę pod wezwaniem Matki Boskiej. Jako ciekawostkę dodam, że biegnie tu również droga rowerowa – Pętla Spiska. Czasem oprócz rowerów mijają nas terenowe samochody i motory – wycieczki OffRoadowe są tu naprawdę popularne.


Dochodzimy do drogowskazu informującego nas, że do wsi Dursztyn zostało nam jeszcze 1.30 km.






Tym razem obieramy przeciwny kierunek. Podchodzimy na zielony szlak – około 800 metrów prostą, spacerową drogą wzdłuż strugi Brennica, na jej brzegach już od rana gromadzi się sporo ludzi.
Tuż za Barem Pod Starym Groniem, przy moście, skręcamy w lewo. Mijamy ostatnie zabudowania. Szlak zaczyna się stromo piąć w górę i taki pozostanie przez około 550 metrów.


Mamy za sobą 1,35 km, a droga łagodnieje. Nie ma się jednak z czego cieszyć, ponieważ to krótki odcinek, mierzący zaledwie 150 metrów.
Następnie znowu pniemy się w górę szeroką, kamienistą drogą. Na 1,81 km szlak skręca w lewo, a ścieżka znowu staje się łagodna i prosta. Po zaledwie kilku krokach szlak odbija w prawo. Teraz dla odmiany maszerujemy wąską, leśną dróżką.
Po przejściu 2,20 km, zgodnie ze wskazaniami aplikacji, wychodzimy z lasu, skręcamy w lewo i ponownie wchodzimy na szeroką, leśną drogę. W tym miejscu dołącza do nas czarny szlak.
Docieramy do polany, na której znajdują się pojedyncze zabudowania. Stąd rozpościera się widok na Brenną, Górki Małe oraz dolinę rzeki Brennicy. Dalej wspinamy się pod górę, mijając po drodze pojedynczych biegaczy.





Pogoda zaczyna się psuć, na co tym razem nie byliśmy przygotowani. Na szczęście ciemne chmury na niebie tylko nas postraszyły. Spadło zaledwie kilka kropel deszczu. Z Horzelicy ruszamy dalej prostą, niewymagającą wysiłku drogą.
Po lewej stronie rozciągają się widoki na Beskid Śląski, w tym Halę Jaworową, Kotarz, Skrzyczne oraz Malinowską Skałę.





































Na polanie spędzamy około 3 godziny. Kwietniowe słońce rozpieszcza nas swoimi promieniami, rozkoszujemy się ciszą i spokojem. Oczywiście poza ogniskiem, nie mogło zabraknąć czasu na zabawę i wygłupy. Wspaniały czas… Spędzony z rodziną – bezcenne…



Kolejny spontaniczny wyjazd za nami. Przerażający dźwięk budzika postawił nas na nogi o 3:30. W końcu Zakopane położone jest aż 140 kilometrów od Bielska-Białej. Przed nami dość długa podróż, jak na jednodniowy pobyt w górach. Jak zawsze zbieranie się, pakowanie nie szło nam sprawnie 😉 Nie mówiąc o jedzeniu 'pierwszego’ śniadania. Pogaduszki z mężem jak zawsze się przedłużały, tysiące tematów do obgadania – akurat jak trzeba się szybko zebrać. Zależy nam, aby być jak najszybciej na szlaku. Liczymy na to, że uda się uniknąć tłumów w schronisku na Polanie Kondratowej.
Po chwili naszym oczom ukazuje się kasa Tatrzańskiego Parku Narodowego. Uiszcza się w niej opłatę idąc na Kasprowy Wierch. My kontynuujemy marsz dalej kierując się brukowaną drogą.
Po 900 m dochodzimy do kolejnej kasy Tatrzańskiego Parku Narodowego, w której kupujemy bilety (cały [CENNIK_TPN_NORMLNY] zł, ulgowy [CENNIK_TPN_ULGOWY] zł).
Od kasy TPN idziemy prosto, cały czas kierując się niebieskimi znakami. Naszym celem jest Hotel Górski PTTK na Kalatówkach. Póki co droga jest przyjemna i niewymagająca. W koło, mimo nie za dużej wysokości zalega jeszcze śnieg. 1.60 km drogowskaz informuje nas, że przechodząc na czarny szlak wejdziemy na Ścieżkę pod Reglami oraz dojdziemy do Doliny Białego. My oczywiście nie zmieniamy planów i żwawo maszerujemy przed siebie.
Na liczniku mamy niespełna 2 kilometry i naszym oczom ukazuje się potężny budynek Hotelu Górskiego oraz piękna Polana Kalatówki.
Na Polanie Kalatówki witają nas urocze tabliczki 'ANI KROKU(S) DALEJ’. Nieśmiało pokazują się tu pierwsze fioletowe kwiaty. Może nie ma tu ich tyle co na Polanie Chochołowskiej, ale za to nie ma takich tłumów. 



Odpoczęliśmy 🙂 Czas ruszać w dalszą drogę. Drogowskaz informuje nas, że za 45 minut będziemy na Hali Kondratowej. Zaraz za polaną wchodzimy na leśną dróżkę, która jest dość wąska i momentami oblodzona.
Momentami droga pnie się w górę, ale nie są to jakieś bardzo wymagające podejścia. Mamy za sobą około 2.60 km i skręcamy w lewo, kierujemy się nadal wąską, leśną dróżka.
Aplikacja wskazuje 3.40 km i tu jesteśmy zmuszeni założyć raczki. Szlak jest bardzo oblodzony. Mijaliśmy ludzi w adidasach biegowych, którzy kurczowo musieli trzymać się drzew, aby pokonać ten odcinek. Nawet w raczkach jest ciężko, trzeba ostrożnie stawiać każdy krok. Po 400 metrach wąska dróżka zamienia się na szeroką.
Licznik wskazuje 4.50 km, a naszym oczom ukazuje się Hala Kondratowa.
Hala Kondratowa oraz Schronisko PTTK na Hali Kondratowej położone jest 1333 m n.p.m. w Dolinie Kondratowej. Jako ciekawostkę dodam, że tutejsze schronisko jest najmniejszym w Tatrach. Niepozorny, drewniany domek, w którym do dyspozycji turystów jest 20 miejsc noclegowych. Karta dań nie jest za bardzo urozmaicona, ale za to jedzenie jest świeże i smaczne. Ceny jak na Tatry nieduże. Obsługa również jest bardzo sympatyczna. Po raz kolejny atmosfera panująca w schronisku zrobiła na mnie duże wrażenie. Spędziliśmy chwilkę w schronisku, następnie udaliśmy się na ławkę połapać promienie słońca. 
Zdecydowaliśmy się tu na dłuższy odpoczynek ze względu na syna. W końcu przed nami nie lada podejście do pokonania. Z polany możemy podziwiać na wprost Przełęcz pod Kopą Kondracką, na którą zmierzamy, kierując wzrok w prawo kolejno Kopę Kondracką, Kondratową Przełęcz oraz Giewont. 
Prawdę mówiąc mamy obawy czy uda nam się pokonać podejście prowadzące na Przełęcz pod Kopą Kondracką. Mijają nas ludzie z profesjonalnym sprzętem. Wyposażeni w porządne raki i czekany. My z pięciolatkiem, z raczkami na nogach… Mimo wszystko postanowiliśmy spróbować. Kierujemy się zielonym szlakiem prosto przed siebie. 


Z pod schroniska można dotrzeć również na Giewont. Należy wybrać niebieskie znaki. Mieliśmy okazję maszerować tym szlakiem we wrześniu 2018, schodząc z Kondratowej Przełęczy. Początkowo idziemy niewymagającą drogą, która po 400 metrach staje się stroma i wymaga od nas dużych pokładów energii.


Najbardziej kocham zimą tą przestrzeń. Na szlaku robi się pustynia śnieżna… W koło nie ma nic poza kilkoma małymi ludkami powoli snującymi się pod górę. Na niebie było pełne słońce, do domu wróciliśmy ze spalonymi nosami 😉 Promienie odbijające się od białego puchu nieźle nas załatwiły. I tu nauczyliśmy się kolejnej rzeczy, aby zawsze mieć przy sobie krem z filtrem UV. Po drodze podziwiamy zaśnieżony Giewont oraz Polanę Kondradową z malusieńkim schroniskiem.
Odnoszę wrażenie, że to podejście nigdy się nie skończy… Syn dzielnie stawia każdy krok. Mimo ciężkich warunków idzie Mu zdecydowanie lepiej niż we wrześniu. Oczywiście mijający nas turyści nie kryją zachwytu naszym synkiem i Jego odwagą. Jeden chłopak powiedział, że to jest najmłodszy turysta w życiu, jakiego widział na tej trasie 🙂 Widać, że jest silniejszy i nabrał wprawy. Widoki są zachwycające. Czuję, że żyję!



Doskonale było widać dumnie prężący się Giewont.


No i nasz pierwszy zdobyty dwutysięcznik – Kopę Kondracką, od której dzieli nas zaledwie 20 minut drogi.
Do pokonania zostały już tylko przysypane przez biały puch schody. Niestety ze względu na synka nie decydujemy się na dalsza wędrówkę. Podziwiamy Kopę z Przełęczy. Prezentuje się wspaniale… Mam ogromny sentyment do tego szczytu… Będę tu wracać… Szczegółowy opis tego odcinka znajdziesz tutaj:

Odchodzimy troszkę dalej, siadamy na skałach i rozkoszujemy się pięknem Tatr Wysokich… Można byłoby tu zostać, siedzieć, patrzeć, podziwiać bez końca… Szkoda, że zerwał się dość mocny wiatr, który przeszywał nas zimnem. Zmusił nas do przerwania najlepszego pod słońcem seansu i ruszenia w drogę powrotną.

Tak jak już wspominałam, to największe przewyższenie pokonaliśmy zjeżdżając na w dół na butach. Oczywiście kucając… Chłopcy kilka razy spróbowali zjazdu na pupie – było sporo śmiechu 🙂 Trzeba było jednak uważać, aby nie rozpędzić się za bardzo. Wyobraźcie sobie, że sunęliśmy szybko w dół pomimo nałożonych na buty raczków. Nigdy nie wiadomo co nas spotka na szlaku – trzeba być przygotowanym na wszystko.
Dalszy odcinek to już ostrożne schodzenie w dół 🙂
Około godziny 18:30 docieramy na postój busów w Kuźnicach. Przed godziną 19:00 ruszamy do Bielska – Białej z parkingu koło ronda Jana Pawła II. Po drodze zatrzymujemy się na zasłużony, ciepły posiłek w jednej z restauracji. Do domu wracamy zmęczeni, mimo to nie mogę w nocy spokojnie spać… Przeżywam naszą wyprawę oraz mam przed oczami zachwycające tatrzańskie widoki. Okolice Kopy Kondrackiej robią na mnie zawsze takie samo, piorunujące wrażenie. Jest to miejsce, do którego trafiając raz, chcesz trafiać jak najczęściej… To była kolejna niezapomniana wyprawa w Tatry. Tym razem musieliśmy dać z siebie wszystko – było warto!
Do zobaczenia na szlaku 😉
Kwiecień przywitaliśmy w górach
W koło zrobiło się fioletowo. W Tatry nieśmiało zawitała wiosna, kwitną krokusy, ale te tutaj nie zdążyły się jeszcze rozwinąć. Miejscami zalega tu jeszcze sporo śniegu.
W oczy rzucają się znaki informujące nas o zagrożeniu lawinowym. W dniu naszej wycieczki obowiązuje lawinowa 2.
Przechodzimy wzdłuż polany Jaworzynki, na drugim kilometrze droga zaczyna piąć się stromo w górę. Latem mamy pod butami śliskie kamienie, teraz zalega tu sporo śniegu. Latem można tu odpocząć przy stolikach z ławeczkami. Obecnie są jednak zasypane białym puchem. Siadamy na kocu piknikowym i decydujemy się posilić batonem proteinowym, zakładamy raczki, bez których przejście tego odcinka byłoby przy panujących warunkach problematyczne. Momentami jest bardzo ślisko, a podejście jest dość długie i mozolne. Mimo wszystko uważam, że przy odpowiednim przygotowaniu (dobre buty, raczki) pokonanie tego odcinka jest o wiele łatwiejsze niż latem.
Mamy za sobą 2.85 kilometra. Dochodzimy do urwiska skalnego. Uwielbiam to miejsce. Przystajemy na chwilę i delektujemy się widokami.
Skręcamy w prawo i idziemy w górę wąskim podejściem.
Przed nami kolejne strome podejście. Latem pokonujemy na tym odcinku stromiste, kamienne schody. W dniu naszej wycieczki idziemy po śniegu, który jest dość miękki. Momentami zapadamy się nieprzyjemnie. Naszym oczom ukazują się coraz to piękniejsze widoki.
Po krótkiej przerwie ruszamy dalej. Przed nami kolejne wymagające podejście. Latem wędrujemy wśród soczysto-zielonej kosodrzewiny. Teraz wszystko jest zasypane. Przejście jest bardzo wąskie. Trzeba uważać, aby nie objechać w dół. Po raz kolejny doceniamy fakt, że mamy raczki.
Pniemy się w górę. Nie będę ukrywać jest dość stromo. Po pokonaniu podejścia dochodzimy do Przełęczy między Kopami.
Tak jak pisałam powyżej, to tutaj nasz żółty szlak łączy się z niebieskim, który prowadzi przez Boczań, również z Kuźnic. Znajdujące się tu ławeczki są w większości zasypane. Latem na przełęczy jest bardzo tłoczno. W kwietniu mogliśmy się rozkoszować ciszą i spokojem. Podziwialiśmy wznoszący się na lewo Giewont, który w białej odsłonie prezentuje się fantastycznie. Tuż obok Giewontu widać zaśnieżone Czerwone Wierchy z Przełęczą Kondracką. No i oczywiście nasz pierwszy zdobyty dwutysięcznik Kopę Kondracką (
Jak widać na zdjęciu, ciocia okazała się wspaniałym kompanem w góry 😉
Z przełęczy rozciąga się wspaniały widok na Polanę Jaworzynki przez którą mieliśmy przyjemność dzisiaj przechodzić, Zakopane wraz z Gubałówką.
Drogowskaz informuje nas, że do Hali Gąsienicowej mamy jeszcze 30 minut drogi. Niestety w warunkach zimowych przejście zajmuje nieco więcej czasu.
Kontynuujemy wędrówkę. W sezonie letnim ten odcinek to spacer między kosodrzewiną. Teraz to miejsce przypomina bardziej pustynię śnieżną. Wędrówkę urozmaicają nam widoki na Hawrań, masyw Kończystej, Żółtą Turnię, Granaty, Kozi Wierch, Kościelec oraz Świnicę.



Schodzimy w dół. Mamy za sobą 5.15 kilometra. Docieramy do celu, na moją ukochaną Halę Gąsienicową.
Hala Gąsienicowa jak zawsze prezentuje się nieziemsko… Charakterystyczne dla hali szałasy pasterskie, w koło rozciągający się widok na Tatry Wysokie. Po prawej stronie znajduje się ośrodek szkolenia taterników – Centralnego Ośrodka Szkolenia PZA „Betlejemka”. Największe wrażenie robi widoczny z hali Kościelec. Latem były tu tłumy turystów. Prawdę mówiąc ciężko było zrobić zdjęcie. Teraz cała hala była do naszej dyspozycji.







Schronisko znajduje się na dole Hali Gąsienicowej. Położone jest na wysokości 1500 m n.p.m. Schronisko jest piękne, masywne. Oferuje turystom aż 120 miejsc noclegowych oraz pyszną, domową kuchnię. Nie wiem jak to się stało, ale nie zrobiłam zdjęcia schroniska 🙂 Na szczęście w mojej galerii znajduje się fotka z lata.
My skusiliśmy się na kawę oraz ciepły posiłek. Bigos staropolski smakował wyśmienicie. Ceny nie są niskie w porównaniu do innych schronisk, ale za to porcje są na tyle duże, że da się porządnie pojeść. Ceny za obiady wahają się między 18 do 28 zł. Syn wzbogacił się oczywiście o kolejną odznakę turystyczną, którą od razu przypięliśmy do plecaka. Odpoczęliśmy, wbiliśmy pieczątki do książeczki i ruszyliśmy z powrotem na przód Hali Gąsienicowej.


Z Hali Gąsienicowej można kontynuować wycieczkę (między innymi) na Czarny Staw Gąsienicowy kierując się niebieskimi znakami, czy też żółtym szlakiem na Kasprowy Wierch. Dystans jaki trzeba pokonać na Czarny Staw Gąsienicowy to 2.25 km. Jak dla mnie jest number one w Tatrach. Niestety zimą na trasie do stawu występuje zagrożenie lawinowe, dlatego my tym razem nie decydujemy się z dzieckiem na dalszą wędrówkę. Dla zainteresowanych opis szlaku na 
Na parking wracamy tą samą trasą. Zejście zajmuje nam mniej czasu. Co nie znaczy, że jest łatwiej. Momentami jest bardzo stromo i ślisko. Przy Przełęczy między Kopami zastanawiamy się czy nie spróbować powrotu niebieskim szlakiem przez Boczań. Jednak biorąc pod uwagę, że nie znamy tej trasy, do tego jest ślisko nie ryzykujemy. Szczęśliwi docieramy na parking w Kuźnicach, gdzie czekają już zaparkowane taksówki. My decydujemy się wracać do Kuźnic na nogach. Tak jak wspominałam we wstępie droga jest asfaltowa, bardzo wygodna. Do samochodu dochodzimy o godzinie 18:40. Jednak to jeszcze nie koniec przed nami ponad 2 godziny drogi do Bielska-Białej.